SEL

wydawnictwo

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fragment książki - pdf

 

Fragment 1

 

— Hej tam! Przygotować główną pompę!

Zrozumiałem, że tutaj nie ma czasu na żadne sny na jawie, że trzeba zabierać się do roboty równo ze świtem. Wywołałem z dołu tak zwanych próżniaków, to jest cieślę, kucharza i stewarda, po czym przygotowaliśmy pompę i wzięliśmy się do mycia pokładu. Na morzu to szorowanie odbywa się co rano i zajmuje około dwóch godzin. Ledwie wystarczyło mi sił, aby dociągnąć do końca. Po zmyciu i wysuszeniu pokładu sklarowaliśmy na nim brasy i fały, a na kołkownicach — gejtawy i buliny. Wreszcie usiadłem na zapasowej stendze w oczekiwaniu na siedem uderzeń dzwonu, oznajmiających śniadanie. Oficer jednak spostrzegł moją leniwą pozę i kazał mi natychmiast wysmarować grotmaszt od topu bombramstengi w dół aż do topu kolumny.

Statek kiwał się trochę, a ja od trzech dni nie miałem nic w ustach, toteż kusiło mnie, aby odpowiedzieć, że zrobię to po śniadaniu. Ale wiedziałem, że trzeba „wziąć byka za rogi” i że każdy objaw niechęci lub opieszałości z mej strony będzie miał natychmiast fatalne dla mnie skutki. Wziąłem więc wiaderko ze smarem i wspiąłem się na szczyt bombramstengi. W miarę wspinania się w górę, łuk, jaki zataczałem nad pokładem, stawał się coraz dłuższy. Zapach tłuszczu drażnił mój przeczulony węch i żołądek znów się zbuntował. Bardzo też byłem rad, kiedy skończywszy robotę znalazłem się z powrotem na terra firma, jeśli można tak nazwać pokład. W kilka minut później rozległo się siedem uderzeń dzwonu, drugi oficer zmierzył szybkość logiem i wywołał wachtę pierwszego oficera, a nasza wachta poszła na śniadanie.

 

 

Fragment 2

 

Pomijając nawet nierówność sił, czegóż mogą dokonać marynarze? Jeśli stawiają opór, nazywa się to buntem, a jeśli im się powiedzie i wezmą statek w swe ręce, to zyskują miano piratów. Jeżeli kiedykolwiek poddadzą się znowu, muszą odcierpieć karę, a jeśli się nie poddadzą, to jaki czeka ich los do końca życia? Jeśli marynarz stawia opór swemu dowódcy, to opiera się prawu i ma do wyboru tylko piractwo albo poddanie się. Więc chociaż rozumieli straszną niesprawiedliwość, musieli ją ścierpieć. Taka jest dola marynarza.

Śmignąwszy liną nad głową i przechylając się dla nabrania lepszego rozmachu, kapitan zdzielił przez plecy biednego Sama. Jeden, dwa… sześć razy.

— Będziesz jeszcze otwierał pysk?

Sam skręcał się z bólu, ale nie wyrzekł ani słowa. Jeszcze trzy uderzenia. Tego już było za wiele i Sam mruknął coś, czego nie mogłem zrozumieć. Znowu posypały się razy, tyle, ile człowiek jest zdolny wytrzymać. Wreszcie kapitan kazał go odwiązać.

— A teraz twoja kolej — powiedział podchodząc do Johna i zdejmując mu z rąk kajdany.

 

 

Fragment 3

 

Po blisko ośmiu dniach bezustannego sztormu ze wschodu, wiatr odszedł nieco na South i dął mocno. Ponieważ zrobiliśmy już dobry kawał drogi na południe, mogliśmy teraz obrasować reje nieco tępiej i położyć się na kurs pod wszystkimi żaglami, jakie się dało postawić. Zmiany wiatru nie trwały nigdy długo, ale bądź co bądź za każdym razem posuwaliśmy się trochę dalej na wschód. Którejś nocy po jednej z takich zmian, kiedy cała załoga przez dłuższy czas musiała pracować na pokładzie, nasza wachta została w końcu sama. Grotmarsel, wzięty na gejtawy i gordingi, przygotowany był do postawienia na wypadek, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiatr tymczasem wzmagał się coraz bardziej, smagając statek szkwałami gradu i śniegu z nieopisaną wściekłością. Noc była ciemna choć oko wykol, żagiel szamotał się, wydymał i trzaskał, jakby pioruny biły. Kapitan wyszedł na górę i kazał go zwinąć. Oficer miał już wywołać podwachtę, ale Stary powstrzymał go mówiąc, że załoga zmorduje się i będzie do niczego, jeśli tak często będzie się wzywać wszystkich. Uważał, że nasza wachta, tak czy inaczej, musi być na pokładzie, więc lepiej, żeby sama dała sobie z tym radę.

Weszliśmy zatem sami na reję i chyba nigdy nie zapomnę tej okropnej roboty, z którą musieliśmy się wówczas uporać. Nasza wachta bardzo się skurczyła liczebnie z powodu chorób i pozostawienia paru ludzi na kalifornijskim wybrzeżu. Po odliczeniu marynarza, który miał służbę na sterze, na górę mogło pójść tylko pięciu ludzi, łącznie ze mną i z trzecim oficerem. Nie było mowy, abyśmy mogli zwinąć cały żagiel od razu. Rozstawiliśmy się więc na nawietrznym ramieniu rei, zamierzając zwinąć najpierw tylko nawietrzną część żagla, gdyż gejtawy zbierały jego rogi szotowe do środka, nie zaś do noków. Kolumna grotmasztu była dosyć krótka, a reje prawie jednakowej długości. Górny lik grota miał bez mała pięćdziesiąt stóp, a ponieważ krótkie liki stojące skrócone były jeszcze bardziej wskutek zarefowania, rogi szotowe znalazły się w odległości jednej czwartej długości rei od noków i brzuch żagla był większy niż cały bombramsel. Ale na tym nie kończyły się nasze trudności. Reja, na której pracowaliśmy, powleczona była skorupą lodu, sejzingi, perty i liki były sztywne i twarde, niczym skórzane węże pożarowe, kiedy pracują pod ciśnieniem, a sam żagiel dawał się układać w fałdy równie łatwo, jak gdyby był zrobiony z miedzianej blachy, a nie z płótna. Wicher zmienił się w prawdziwy huragan i smagał nas na przemian gradem, śniegiem lub deszczem. Tłukliśmy w żagiel gołymi pięściami. Nikt by się nie odważył nałożyć rękawic, bo dłonie mogły się łatwo z nich wyśliznąć, a wówczas byłoby po człowieku. Wszystkie łodzie były zamocowane na pokładzie, żadna nie wisiała za burtą i nie można by żadnej opuścić, aby ratować tonącego. Wszystkie palce co do jednego, jakimi nas Pan Bóg obdarzył, były teraz potrzebne. Kilka razy mieliśmy już żagiel na rei, ale wyrywał nam się, zanim zdołaliśmy go do niej przytroczyć. Aby obłożyć jeden ochwyt sejzinga, trzeba było za każdym razem przewiesić się całym ciałem przez reję, a kiedy udało się tego dokonać, to znowu obciągnięcie każdego ochwytu i zawiązanie węzła tak, aby się nie rozluźnił, wydawało się prawie niepodobieństwem. Niejednokrotnie musieliśmy wszyscy przerywać pracę i bić dłońmi o żagiel, aby je trochę rozgrzać. Po pewnym czasie, który wydawał nam się nieskończonością, nawietrzna część żagla została zwinięta jak należy i wtedy przeszliśmy na drugie ramie rei, by spróbować tego samego z częścią podwietrzną. Było tu jeszcze gorzej, gdyż z powodu przechyłu statku reja zwisała skośnie nokiem ku dołowi, a wiatr przerzucił większą część żagla na podwietrzną i musieliśmy przeciągać go do środka. Gdy oba noki były już zwinięte, przyszła kolej na brzuch, który wyśliznął się spod prowizorycznych więzów i wydął się teraz, jak balon, przysparzając nam dodatkowej roboty. W końcu udało nam się ujarzmić cały żagiel, ale trwało to razem prawie półtorej godziny, a nam wydawało się po prostu wiecznością. Kiedy wchodziliśmy na reję, wybijano właśnie pięć szklanek, a w chwilę po naszym zejściu wydzwoniono osiem. Może się komuś wydawać, żeśmy z tym bardzo marudzili, ale jeśli wziąć pod uwagę, w jakich warunkach musieliśmy pracować, a przede wszystkim to, że było nas tylko pięciu do takiej roboty, podczas gdy na przykład na „Independence” — okręcie o sześćdziesięciu działach, którego grotżagiel ma powierzchnię zaledwie dwa razy większą niż na „Alercie” — jest aż siedmiuset ludzi załogi, to trudno wymagać, abyśmy zwinęli nasz grot szybciej niż oni swój. Dobrze było znaleźć się w końcu z powrotem na pokładzie, a jeszcze lepiej — zejść na dół do kubryku.

 

 

Fragment 4

 

— Mister Brown! Przygotować do postawienia boczne marsle! Po to są, żeby ciągnęły, do diabła!

Starszy oficer zawahał się jedną sekundę, ale przecież nikomu nie dałby się wyprzedzić tam, gdzie chodziło o odwagę. Skoczył więc naprzód i krzyknął:

— Hurra, chłopcy! Uzbroić wytyk bocznego marsżagla! Właźcie na górę, zaraz wam przyślę olinowanie!

Wspięliśmy się migiem na maszt, opuściliśmy koniec joli, do którego przywiązano na dole osprzęt wytyków rejowych i olinowanie bocznych żagli, wciągnęliśmy to wszystko do góry, zawlekliśmy talie i fały, wypchnęliśmy wytyk poza nok rei, zamocowaliśmy go jak należy. W końcu założyliśmy dolny fał jako prewentrę. Noc była jasna i gwiaździsta, zimna i wietrzna, ale wszyscy pracowali ochoczo. Wprawdzie niektórzy mieli takie miny, jakby uważali, że Stary zwariował, ale nikt nie odezwał się słowem. Mieliśmy zupełnie nowy boczny marsażagiel z reflinkami — rzecz, o której nikt nigdy nie słyszał i z której marynarze tęgo się naśmiewali utrzymując, że jeśli jest już tak źle, że trzeba refować boczny żagiel, to na pewno czas najwyższy, aby go zwinąć. Teraz jednak okazało się, że nie był to głupi pomysł: mając marsel zarefowany na jeden ref nie moglibyśmy postawić bocznego żagla, gdyby i w nim nie było refu, marsreja bowiem była zbyt nisko. Wprawdzie stawianie bocznych żagli przy zarefowanych marslach było czymś zupełnie nowym w praktyce żeglarskiej, miało jednak pewne uzasadnienie. W razie zbyt silnego naporu wiatru stracilibyśmy tylko jeden wytyk rejowy i jeden boczny żagiel, podczas gdy nie zarefowany marsel mógłby złamać stengę, porwać olinowanie i wyrządzić nie wiem jakie szkody.

W czasie gdy my pracowaliśmy na górze, inni wyciągnęli żagiel, przyszyli go do rejki, zarefowali i przygotowali do postawienia. W oczekiwaniu na odpowiednią chwilę wybraliśmy fał i podciągnęliśmy rejkę aż do bloku. Kiedy jednak oficer zaczął potrząsać splątanym kontrafałem, aby go wyklarować w ten sposób, a my mieliśmy już dociągnąć rejkę do końca wytyku, nagle targnęło całym statkiem. To wytyk wyskoczył z uchwytu i wygiął się w pałąk jak biczysko. Byliśmy przekonani, że zaraz pęknie, ale zrobiony był z mocnego, elastycznego drewna niskopiennej górskiej jodły, więc wyginał się tylko jak fiszbin i nic go nie mogło złamać. Cieśla twierdził, że był to najlepszy „patyk”, jaki kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć. Wspólnym wysiłkiem całej załogi dociągnęliśmy wkrótce hals do końca dolnego wytyku obciągnęliśmy szot i wybraliśmy na sztywno brasy i prewentry, by zmniejszyć napór na noki rej i wytyków. Każda półkrętka liny i każda nitka płótna zdawały się naprężone do ostateczności, a statek z dodatkowym żaglem rwał naprzód jak opętany. Ponieważ większość żagli nieśliśmy teraz na przodzie, wydawało się, że unoszą one statek nad wodą i że przeskakuje z fali na falę. Od dnia, kiedy ukończono jego budowę, nigdy jeszcze „Alert” nie pędził z taką szybkością i gdyby nawet chodziło o śmierć lub życie nas wszystkich, nie można by mu było dodać ani jednego cala kwadratowego płótna.